Leasing operacyjny czy finansowy?

Który leasing wybrać – Operacyjny czy finansowy?

Zainteresowani wyborem leasingu samochodu, maszyn czy nieruchomości, muszą jeszcze zmierzyć się z wyborem jego rodzaju, czy ma to być leasing operacyjny czy finansowy. Oba posiadają zalety zależne od polityki prowadzonej działalności i przedmiotu, który mamy w planach leasingować. Atutem leasingu bez względu jakiego jest rodzaju, to brak wkładu własnych środków na całą inwestycję.

Czytaj więcej

Świąteczny zakupowy szał – czy nas na to stać?

Święta to dla wielu ludzi czas radości, czas, w którym całe rodziny mogą usiąść do wigilijnego stołu. Święta to pora obdarowywania się prezentami oraz wspólnego kolędowania. Okres świąteczny jest także okresem wzmożonych zakupów. Szaleństwo świątecznych zakupów sprawia, że wiele osób specjalnie na ten cel się zadłuża. Środki, jakie wydawane są na ten cel bardzo często przekraczają możliwości finansowe kupujących. Czas świąt to czas żniw dla banków czy firm pożyczkowych, które udzielają pożyczek na wysoki procent. To właśnie przed świętami uaktywniają się w mediach reklamy zachęcające do pożyczania pieniędzy na cele świąteczne. Dane na temat finansowania świąt w Polskich rodzinach nie są zbyt optymistyczne i pokazują jak biednym jesteśmy krajem. W Polsce tylko około 55% Polaków sfinansuje święta z bieżących dochodów. Pozostałą część społeczeństwa sięgnie po oszczędności lub pożyczy pieniądze. Mimo coraz lepszych zarobków ciężko jest wygospodarować środki na wydatki świąteczne, co wynika z coraz wyższych kosztów życia. Większość osób dokonuje zakupu mieszkania na kredyt, co sprawia, że większość dochodów przeznaczana jest na spłatę zadłużenia. Polacy są społeczeństwem coraz bardziej zadłużonym i nic nie wskazuje na to, aby to się zmieniło. Dochody Polaków nie pozwalają na zakup mieszkania czy samochodu bez zaciągania kredytów. Wszechobecne promowanie nadmiernej konsumpcji, kuszące promocje oraz przyciągające wzrok ekspozycje towarów sprawiają, że ciężko jest przejść obok tego obojętnie. Dlatego też dosyć często w nawale zakupów świątecznych kupuje się przedmioty, które nie są nam kompletnie potrzebne. Świąteczny szał zakupowy sprawia, że nie zawsze liczymy ile wydajemy pieniędzy.
Każdy chce, aby jego święta były dniem wyjątkowym, co sprawia, że zaciągnięcie chwilówki czy kredytu na święta nie jest większym problemem. Dopiero po świętach okazuje się, że ten wyjątkowy czas będzie nam ciążył przez najbliższe miesiące spłaty. Nadmierne zadłużenie Polaków może z czasem doprowadzić do sytuacji, w której przyjdzie czas, kiedy konsumpcja świąteczna zacznie spadać. Wszystko to będzie zależało do prognozowanych stóp procentowych. Im wyżej zostaną podniesione, tym bardziej spadnie poziom konsumpcji w społeczeństwie. Już dzisiaj, aby przygotować wymarzone święta ludzi sięgają po oszczędności czy kredyty, a co będzie, jeśli koszty życia będą jeszcze wyższe niż aktualnie? Zapewne dojdzie do spowolnienia gospodarczego, a plan napędzania gospodarki tanimi kredytami pogrąży na wiele lat Polską gospodarkę. Rosnąca inflacja oraz koszty prowadzenia biznesu w Polsce sprawią, że będzie nas stać na coraz mniej, ponieważ wzrost dochodów Polaków jest na stale niskim poziomie. Wartość pieniądza co roku spada, co oznacza, że jakiekolwiek wzrosty zarobków Polaków nie mają żadnego znaczenia. Problemem w Polsce nie są zarobki, a wartość pieniądza. Na wielkie świąteczne zakupy, Polaków nie stać i długo nie będzie stać, jeśli polityka w Polsce nie przestanie opierać się na socjalistycznych reformach. Dalsze zmiany gospodarcze kraju w kierunku PRL pokazują jak bardzo społeczeństwo nie chce prawdziwie wolnorynkowej gospodarki, która stworzy możliwości rozwoju każdemu obywatelowi bez względu na wszystko. Dzisiaj ciężko jest mówić o wolnorynkowej gospodarce, jeśli w dalszym ciągu będziemy wypłacać np. emerytury osobom, które nie płacą składek na ubezpieczenie społeczne. Trudno powiedzieć, czy kiedykolwiek coś się w tej kwestii zmieni, ale zapewne zmiany, jakie zachodzą w gospodarce zmuszą kolejne rządy do normalizowania gospodarki w Polsce.

Czy w Polsce da się budować biznes na podstawie kapitał własny?

Wiele firm w Polsce realizuje projekty za pieniądze inwestorów czy kredyty bankowe. Coraz więcej przedsiębiorstw rozwija się na podstawie kapitał pochodzący ze sprzedaży akcji, obligacji czy innych papierów wartościowych. Model finansowania wielu przedsięwzięć w Polsce pokazuje, jak bez kapitałowy jest Polski rynek. Właściciele czy twórcy największych projektów na świecie nie są głównymi właścicielami, a udziałowcami, ponieważ dużą część udziałów odsprzedali. W Polsce duże firmy mają wielu właścicieli, co jest jasnym sygnałem, że ryzyko prowadzenie wielkiego biznesu w Polsce przerzucane jest na osoby, które to finansują, a nie na założycieli. Trent budowanie czegoś za cudze pieniądze stał się tak mocny, że powstaje coraz więcej firm, które nie mając własnych pieniędzy, pozyskują je od ludzi, coś budują, a następnie sprzedają, dzieląc się zyskiem. W takim przypadku nic nie ryzykuje pomysłodawca, a całe ryzyko ponoszą inwestorzy. Przyglądając się, jak rozwijają się Polskie firmy i powstają nowe, można domniemać, że mało kogoś stać w Polsce na otworzenia własnego biznesu. W Polsce kapitałem własnym dysponują firmy zachodnie, które wchodząc na polski rynek, nie pozyskują kapitału z rynku. Przykładów pozyskiwania kapitału i przenoszenia odpowiedzialności za inwestycje jest wiele, a największymi są spółki giełdowe, które emitowały obligacje, inwestował pozyskany kapitał w rozwój firmy, a następnie nie wykupowały wyemitowanych obligacji. Majątek spółki rósł, do którego prawo mają tylko główni udziałowcy, którzy decydują co się z nim stanie. Kolejnymi przykładami było słynne Amber Gold czy Get back. Przykłady bez kapitałowych przedsiębiorstw, które nie posiadały własnych środków na bieżącą działalność, a korzystały z kredytów bankowych, jest w Polsce wiele. Rozwój Polskich przedsiębiorstw jest oparty o kapitał zewnętrzny, a nie własny. Właściciele firm, zamiast inwestować własne pieniądze, wolą inwestować kapitał cudzy, aby w razie niepowodzenia nie pozostać bez pieniędzy.

Polskie przedsiębiorstwa, które budują coś za cudzy kapitał, stwarzają wizję wielkich możliwości oraz zysków, w które wierzą inwestorzy. Polski biznes można przyrównać do włamywacza, który nie wyłamuje drzwi, a nakłania do dobrowolnego oddania pieniędzy pod pretekstem ponadprzeciętnych zysków. Coraz więcej afer związanych z rynkami kapitałowymi, które zdarzają się coraz częściej, pokazują, że w Polsce nie ma możliwości inwestowania pieniędzy w coś stabilnego. W coś, co mimo braków zysków nie upadnie z dnia na dzień, ponieważ dysponuje kapitałem, który posłuży na ratowanie spółki. Firmy, które latami osiągały ogromne zyski, nie chcą wyciągać tych pieniędzy i ratować swoich upadających biznesów. Kapitał własny w Polsce jest chroniony przez właścicieli. Jeśli np.: bank przez 10 lat zarobił 1,5mld złotych i nagle popada w kłopoty, to normalnym działaniem jest uruchomienie części tych zysków przez głównych udziałowców, aby ratować spółkę. Niestety w Polsce się tak nie dzieje i dochodzi do sytuacji, w których spółka po prostu upada. Mało który Polski przedsiębiorca wzniósłby się na wyżyny i ratowałby upadającą firmę prywatnym majątkiem. Budowanie biznesu na podstawie kapitał własny kończy się zawsze tak samo, czyli konsekwencjami dla osób, które wykładają swoje pieniądze na inwestycje. W przypadku niepowodzenia zawsze zarabia tylko i wyłącznie pomysłodawca i właściciele spółki. Bez kapitałowość Polskiego rynku pokazuje, jak bardzo zależy właścicielom dużych spółek jedynie na własnym interesie, który czasami doprowadza do negatywnych sytuacji na setek tysięcy obywateli.

Kryzys w branży deweloperskiej, a mieszkań buduje się coraz więcej.

Od jakiegoś czasu, mówi się o kryzysie w branży deweloperskiej, który spowodowany jest głównie, coraz wyższymi kosztami budowy co przekłada się na wysokie ceny gotowych mieszkań. Wysokie ceny mieszkań sprawiają, że coraz trudniej znaleźć nabywcę. Deweloperzy z jednej strony narzekają, że rentowność projektów jest na coraz niższym poziomie, a mimo to budują coraz więcej. Jak jest właściwie prawda? Czy Polskie społeczeństwo jest tak bogate, że zakup 63 metrów w Warszawie za 570 tys. zł nie sprawia żadnych problemów? Czy deweloperzy rzeczywiście zarabiają niewiele na metrze kwadratowym mieszkania, a kolejne osiedla budują tylko po to, aby ludzie mieli gdzie mieszkać, osiągając niewielkie zyski? Brzmi to dość naiwnie, ale każdy, kto ma zdrowe oczy, to widzi, że gdyby faktycznie budowanie mieszkań się nie opłacało, to po co budowałoby się aż tak dużo? Największe firmy deweloperskie realizują po kilka projektów jednocześnie. Budują setki mieszkań w różnych miastach Polskich. Robienie czegoś, co nie pozwoli nam zarobić, jest działaniem nieprzemyślanym. Rozpoczynanie budowy, która nie pozwoli nam zarobić, a może jeszcze przynieść straty, jest działaniem niezrozumiałym. Zyski można wyprowadzić ze spółki np.: w formie kosztów. Zamiast płacić podatki, to można przychód wyprowadzić w formie wysokich premii. Spółka nie wykazuje oficjalnie zysków i narzeka, że nie zarabia nic na swojej działalności. Firma oficjalnie balansuje na granicy opłacalności i tak naprawdę może śmiało podnosić ceny bez jakiegokolwiek ekonomicznego uzasadnienia. Wykazywanie zysków wiąże się z koniecznością płacenia podatków i daje sygnał klientom kupującym mieszkania, że można się targować.
Wielu deweloperów stosują starą jak świat metodą zwiększania zysków polegającą na wliczaniu w metr kwadratowy mieszkania ceny zakupu działki po cenie rynkowej, a nie po cenie jej zakupu. Jeśli osiedle budowane jest przez dwa lata, to biorąc dynamikę wzrostu cen po 2 latach ziemia np.: w Warszawie może kosztować 10% więcej. Kupując działkę za 25 mln zł, zarabiają około 2,5mln. Zysk wliczany jest w cenę mieszkania, za które płaci klient. Dlatego też mało który deweloper rozpoczyna sprzedaż mieszkań na etapie rozpoczęcia budowy, a dopiero w trakcie, ponieważ ostatnie mieszkania sprzedają się z największym zyskiem. Na stronach www przy konkretnym mieszkaniu nie podają sztywnych cen, podają informację, że trzeba zapytać o cenę. Dlatego też tłumaczenia, że wysokie ceny gruntów pod budowę mają wpływ, coraz mniejszą ilość sprzedaży mieszkań nie jest logicznym wytłumaczeniem. Kryzys w deweloperce wygląda bardzo podejrzanie i pokazuje, ile tak naprawdę może mieć na celu pompowania zysków w czasie kiedy gospodarka ma się najlepiej. Sytuacja taka może się już więcej nie powtórzyć, co jest świetną okazją dla deweloperów. Prawdziwy kryzys w branży deweloperskiej może być dopiero przed nami. Może on mocno dotknąć całą branżę, zmuszając do sprzedaży mieszkań z 20-30% procentowym upustem, aby tylko się ich pozbyć i nie ponosić kosztów utrzymania. Tak naprawdę trzeba pamiętać, że ceny nie mogą być wyższe od możliwości finansowych potencjalnych klientów. Aktualnie cena np. 7500zł za metr kwadratowy jest nie do przyjęcia dla wielu młodych ludzi. Prawdziwy kryzys w branży jest bardzo blisko i pomału zaczyna być przekraczana granica bezpieczeństwa, która po pęknięciu sprawi, że straty w branży mogą być realne.

Czy sędziowie sądów powinni ponosić odpowiedzialność materialną za swoje błędy?

Skazywanie na kary pozbawienie wolności osób niewinnych na szczęścia jest w Polsce rzadkością, lecz się zdarza. Wymiar sprawiedliwości, który bardzo często ulega presji społecznej w głośnych i bulwersujących sprawach potrafi skazać osobę niewinną. Ostatnia głośna sprawa niesłusznie skazanego człowieka, który spędził za kratami wiele lat, pokazuje, że Polski wymiar sprawiedliwości okazał się instytucją wyciągnięta spoza prawa. Prokurator, który oskarżał oraz sąd, który skazywał nie mają sobie nic do zarzucenia. Nie zostały wszczęte żadne postępowania w stosunku do tych ludzi oraz nie zostały wyciągnięte żadne konsekwencje finansowe. Człowiek został w finale uniewinniony, a odszkodowanie wypłaci skarb Państwa, czyli wszyscy podatnicy. Oczywiście odszkodowanie takie należy się ludziom pokrzywdzonym przez wymiar sprawiedliwości i jest sprawą bezsporną. Po tej bulwersującej został poruszony wśród społeczeństwa temat ewentualnej odpowiedzialności prokuratorów i sędziów za swoje błędy. Społeczeństwo ma już dość płacenia za błędy ludzi, którzy z nieznanych przyczyn podejmowali decyzje, których nigdy nie powinni podjąć. Nie zrozumiałe jest dla przeciętnego obywatela, z którego podatków trzeba wypłacać odszkodowania za błędy wymiaru sprawiedliwości, dlaczego mimo braku dowodów skazuje się kogoś na więzienie, zamiast szukać prawdziwego przestępcę? Ludzie wypowiadający się na forach internetowych jednoznacznie uważają, że to z majątku prokuratora i sędziego należy wypłacić poszkodowanej osobie odszkodowanie. Oczywiście środowisko sędziów i prokuratorów sprzeciwia się takim rozwiązaniom, a resort sprawiedliwości nie prowadzi prac w kierunku powstania takiego prawa. Pełna niezależność sądów, jak i prokuratury oraz brak jakichkolwiek narzędzi mogących eliminować taką patologie doprowadza rzadko, bo rzadko, ale do skazywania na długoletnie więzienie niewinnych ludzi.

Dlatego też sprawiedliwym rozwiązaniem powinno być wprowadzanie odpowiedzialności materialnej dla sędziów Sądów, którzy wydali wyrok skazujący, mimo że nie było do tego żadnych podstawa. Być może dzięki takim rozwiązaniom doczekalibyśmy się sytuacji, w której każdy człowiek miałby równe szanse na obronę. W każdym zdrowym systemie sądownictwa, to Prokurator ma obowiązek dostarczyć dowody winy oskarżonego, a sąd wykazać się bezstronnością i wydać werdykt na podstawie zgromadzony materiał. Gdyby Sędziowie Sądów wiedzieliby, że poniosą odpowiedzialność majątkową za skazanie człowieka na karę pozbawienia wolności to zapewne wyroki wydawane byłyby w oparciu o dowody a nie jakiekolwiek naciski z zewnątrz. Błędy sądów w wykazywaniu czyjejś winy od lat są bagatelizowane przez kolejne rządy. Nikt nie chce wprowadzić przepisów, które uzdrowiłyby system sprawiedliwości i uwolniły od wszelkich nacisków czy jakichkolwiek prób korumpowania. Sędziowie czy prokuratorzy nie mogliby podejmować decyzji, które będą dobre np.: dla ich kariery, ponieważ zakończyłoby się to np.: utratą całego majątku na rzecz niesłusznie skazanej osoby. Sądy, które są poza jakąkolwiek kontrolą mogą wydawać wyroki bez obaw, że ktokolwiek wyciągnie jakiekolwiek konsekwencje, jeśli będą błędne. W Polsce dość często się słyszy, że ktoś został skazany za bardzo drastyczny czyn na niewielką karę. Prokurator domaga się np.: dożywocia, a sądy potrafią skazać na 15 lub 25 lat więzienia. Mimo że czyn, jakiego dopuścili się oskarżeni był drastyczny i wymagał na najwyższy wymiar kary to z powodów, o których sąd nie musi się tłumaczyć zdecydował inaczej.

Rozładowanie korków płatniczych – czy poprawi sytuację w Polskim budownictwie?

Nowe zmiany o rozładowaniu zatorów płatniczych są nadzieją dla wszystkich, którzy realizują zlecenia, w których stroną są publiczni zamawiający. Problem zatorów płatniczych w Polsce jest poważnym problemem, który sprawia, że aż 89% przedsiębiorców nie dostaje w terminie zapłaty za wykonane roboty, usługi czy dostarczone towary -wynika z raportu Krajowego Rejestru Długów i Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce. Dlatego też Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii zamierza zaprezentować ustawę pozwalającą przyśpieszyć płatności, co poprawi płynność wielu gałęzi gospodarczych w Polsce. Wykonawcy robót, dostawcy usług czy towarów muszą niejednokrotnie czekać 190 dni na wynagrodzenie za wykonaną pracą. Ustawa w najbliższym czasie ma trafić do konsultacji społecznych z nadzieją, że zostanie przyjęta w sposób pozytywny. Resort proponuje konkretnie dziesięć rozwiązań, które mają rozładować zatory płatnicze. Pierwszą propozycją jest skrócenie terminu zapłaty za wykonane prace czy dostarczone usługi do 30 dni bez możliwości wydłużenia tego okresu. Oczywiście inwestorzy publiczni będą mogli dokonać płatności już dwa dni po otrzymaniu faktury. Z takich rozwiązań nie są do końca zadowolone podmioty wykonujące np.: autostrady czy drogi, ponieważ podstawą zapłaty są dokumenty odbioru robót, których uzyskanie trwa czasami ponad 30 dni. Dlatego lepszym rozwiązaniem dla przedsiębiorców byłoby wprowadzenie częściowej płatności za poszczególne elementy wykonywanych robót. Na nowych przepisach nie skorzystają podwykonawcy budowlani. Duże podmioty będą mogły w dalszym ciągu rozliczać się z nimi w terminie do 60 dni. Natomiast powszechną praktyką jest klauzura w umowach mówiąca o tym, że podwykonawcy otrzymują wynagrodzenie po 30 dniach od wystawienia faktury.

Rozładowanie korków płatniczych może w sposób znaczący poprawić płynność podmiotów budowlanych co w założeniu ma pomóc budżetowi Państwa. Dzisiaj przedsiębiorcy, mimo że nie otrzymują wynagrodzenia, ale wystawili fakturę to muszą w ustawowych terminach odprowadzać VAT. Przez brak gotówki dość często mają problemy z opłacaniem podatków co nie pozwala na pełną realizację budżetu. Nic nie dzieje się bez przyczyny i pomoc przedsiębiorcom ma być również pomocą dla budżetu Państwa w szybkim płaceniu podatków przez przedsiębiorców. Zatory płatnicze zwłaszcza w budownictwie były i są poważnym problemem, który ma wpływ na płynność finansową głównych wykonawców, jak i podwykonawców. Do tego dochodzą skomplikowane procesy odbioru prac, jak i sprawdzania ich jako kości, które wydłużają całą procedurę jeszcze bardziej. Wykonawcy, którzy realizuję wiele inwestycji jednocześnie są w stanie utrzymać płynność finansową, lecz gorzej jest z podwykonawcami, którzy nie mają tak dobrej sytuacji. Dlatego też tak często słyszymy o pogłębiających się problemach spowodowanych realizacją zadań publicznemu zamawiającemu. Szybkie płatności za wykonanie prac jest dobrym rozwiązaniem, które pomoże wszystkim stronom biorącym udział w procesie. Większa płynność finansowa pozwala na realizowanie większej ilości zadań przez taki podmioty w szybszym czasie co może mieć wpływ na niższe ceny robót. Podmioty nie będą musiały już korzystać z zewnętrznego finansowania, które było wliczane w koszty robót. Skutki zmiany przepisów mogą przynieść pozytywne efekty, zwiększając potencjał firm świadczących usługi czy sprzedających towary publicznym zamawiającym.

Kryzys w branży deweloperskiej czy doprowadzi do spadków cen mieszkań?

Ceny mieszkań u deweloperów w największych Polskich miastach są coraz wyższe. U większości deweloperów nie ma różnicy w cenie, mimo że są dla siebie konkurencją. Wysoki ceny mieszkań w stanie deweloperskim (surowym) oraz wysokie czynsze sprawiają, że mało kogo stać na zakup mieszkania. Sam zakup nie jest jeszcze takim wielkim problemem dla Polaków jak jego utrzymanie łącznie z kosztami energii elektrycznej, gazu czy wody. Składki te wraz z rozwojem dużych miast są coraz droższe. Kupując mieszkanie u dewelopera np.: za 450 000 zł trzeba zainwestować około 100 tys. z jego przygotowanie do mieszkania, czyli wykonanie łazienki, kuchni, zakup armatury sanitarnej czy podług. Wysokie ceny mieszkań sprawiają, że spada zainteresowanie ich zakupem co staje się poważnym problemem dla deweloperów. Pytanie, na które nigdy nie usłyszymy odpowiedzi brzmi ile naprawdę na metrze zarabiają deweloperzy? Opinii publicznej prezentuje się tylko ogólne wyniki finansowe spółki. Nie pokazuje się, jakie realnie koszty poniesiono na budowę, a jakie np.: na działania optymalizujące mające na celu niezapłacenie podatku. Wykazując stratę nie płacimy podatku co jest najkorzystniejsze dla firmy. Oczywiści takich danych nie poznamy nigdy i możemy się tylko domyślać ile zarabiają deweloperzy. Z jednej strony deweloperka działa na granicy opłacalności, a z drugiej strony powstaje coraz więcej firm deweloperskich. Gdzie zatem leży prawda i jaka ona jest? Po co tyle firm podejmuje się nowych inwestycji skoro ponoszą na tym straty? Dlaczego w dalszym ciągu stosują ten sam model biznesowy, jeśli nie są wstanie wygenerować zysków?
Odpowiedzi na te pytania pozostaną wielką zagadką, która jest kluczem do tajemnic deweloperów. Logiczne jest, że żaden z deweloperów nie powie swoim klientom, że zarabia 100 czy 150% na metrze kwadratowym, ponieważ mało kto zdecydowałby się na zakup takiego mieszkania i wymuszałby na deweloperze obniżkę ceny.

Niektórzy deweloperzy reklamują się wręcz hasłami, że taniej już nie będzie i trzeba kupić teraz, jeśli myślimy o własnym mieszkaniu. Triki marketingowe jak stosują firmy deweloperskie zaczynają stawać się wręcz żenujące. Spadek sprzedaży nowych mieszkań w największych Polskich miastach jest właśnie efektem wzrostu cen, który nie jest w żaden sposób uzasadniony ekonomicznie. Duże zapotrzebowanie na mieszkania w największych miastach stało się dla deweloperów okazją do sztucznego windowania cen co przekłada się na jeszcze wyższe zyski firm. Wszystko ma swój początek oraz koniec, co najbardziej było widoczne na Bitcoinie, którego kurs mocno poszybował w górę, a następnie spadł. Nic nie może rosnąć w nieskończoność i zyskiwać na swojej wartości przez 20 czy 30 lat z rzędu. Jest to zwyczajnie nie możliwe co pokazuje kryzys w branży deweloperskiej. Ceny mieszkań stały się tak wysokie, że spadła ich sprzedaż i wiele niezdecydowanych osób postanowiło poczekać na bardziej dogodny moment na zakup mieszkania. Wzrost cen mieszkań nie jest w żaden sposób uzasadniony, ponieważ na rynku nie dochodzi do zmian, których nie można by było przewidzieć. 6500 – 8000zł za metr mieszkania w Warszawie w stanie surowym to ceną, która coraz częściej jest nie do przyjęcia przez potencjalnych klientów. Zakup mieszkania za 7000zł za metr kwadratowy plus wykończenie to jakieś 9000zł za metr, na co mało kogoś dzisiaj stać. Jeśli polityka cenowa deweloperów się nie zmieni i nie zaczną obniżać cen, to kryzys może się pogłębić, co odbije się na mniejszej dostępności nowych mieszkań.